Lipsta

1987Lipsta ma na imię Justyna i urodziła się tego samego dnia co Jennifer Aniston, tylko siedemnaście lat później. Pierwsze miesiące życia spędziła w wynajmowanym przez jej rodziców mieszkaniu na ulicy Krasińskiego. Do czwartego roku życia mieszkała piętro wyżej od swojej babci, w bloku na ulicy Grabowej. Chodziła z babcią na spacery, uwielbiała chlebek z miodkiem i jajko na miękko i jazdę tramwajami. Częste wycieczki do kościoła urozmaicała sobie wchodzeniem na ołtarz i naśladowaniem księdza (a trzeba dodać, że jako dwuletnie dziecko potrafiła płynnie mówić i recytować – są na to dowody). Bała się buczącego kranu sąsiadki, Pani Skuzy, która miała białe włosy. Kiedyś o mało nie zmiażdżyła krtani swojemu małemu kuzynowi, chcąc (przykładem z kreskówek) zaciągnąć go za szyję z zabawnym świstem do pokoju, za pomocą laski z zagiętym uchwytem. Marzyła, żeby być chłopcem i chciała nazywać się Krystian, albo Waldek.

Nienawidziła przedszkola, dlatego prawie w ogóle do niego nie chodziła. Najbardziej przerażało ją to, że z przedszkolnego podwórka widziała okna swojego mieszkania na Sobieskiego, w których często pojawiała się jej Mama. Jednak Mama , mimo, ze była tak blisko, nigdy nie wydawała jej się tak obca i daleka jak podczas spędzanych w przedszkolu godzin. Nienawidziła też pani Halinki, która wiecznie wrzeszczała, kazała jej żreć przeżutą przez kogoś i wyplutą na talerz marchewkę i pić kompot z kisielu. Po dziś dzień, kisiel to rzecz, której Justyna nie tknie za żadne skarby. Po dziś dzień też pamięta, jak jeden raz w życiu została sama z Tatą i Tata, jako ten dobry glina, pozwolił jej do przedszkola włożyć co chciała. I tak w styczniu do przedszkola poszła z nieuczesanymi włosami, za to w balowej sukience i lakierkach w groszki. Pierwszy wyjazd bez rodziców okupiła trzytygodniową biegunką i wypadnięciem większości mleczaków oraz nienawiścią do rozdawanych w nagrodę cukierków o konsystencji wyrobu mambopodobnego i do “Mydełka Fa”.

Potem poszła do szkoły społecznej, z której ma miliard wspaniałych wspomnień, jednak wie, że swojego dziecka nigdy do społecznej lub prywatnej szkoły nie pośle. Nie znosiła tam swojego trenera tenisa, który ciągle przyłaził do jej domu, chcąc wcisnąć rodzicom kolejny cud z Amway’a. Tydzień przed komunią rozwaliła sobie pół twarzy testując z kolegą zestaw “rower&rolki”. Rok później na nartach złamała sobie rękę i jej cały tułów poszedł do gipsu na ponad miesiąc, dzięki czemu wyglądała jak robokop. A rok po ropokopie wzbudziła postrach na podwórku spekakularnie przejeżdżając twarzą po asfalcie.

Niedługo potem poszła do innej, już państwowej szkoły, w której najbardziej dziwiło ją to, że codziennie można mieć różną ilość lekcji, a do tego, że po lekcjach wszyscy mogą sobie sami iść do domu. Historię z matematyką i kościołem już znacie. W nowej szkole zaczęła dostawać trójki, których przez pięć lat nie widziała na oczy i maksymalnie zwątpiła w siebie, bo z najlepszej uczennicy w klasie, stała się jedną z najgorszych. W gimnazjum (tak, Lipsta załapała się już na gimnazjum), nauczyła się słów: wagary, podrabianie kartek z ocenami, podrabianie usprawiedliwień, “siadaj, jeden”, “you have a serious problem with grammar”, “Mazur, co to ma być?”, “to będzie zachowanie poprawne”, “zabieram ci komputer”, kara.

Ofiary z siebie Lipsta nie robi, ale nauczyciele nigdy, po sam koniec liceum, kiedy niczym Turbodymomen zawstydziła wszystkich i dostała się na studia (i to dobre studia), nie traktowali jej poważnie. W wieku 16 lat spróbowała papierosów i pierwszą fajkę wypaliła profesjonalnie się zaciągając. Tydzień później napiła się pierwszego w życiu piwa, po którym, naturalnie, miała pierwszą w życiu bombę.

Liecum było fajne. Świetna klasa, mogę wszystko, dużo robię. Osiemnastkę na ponad czterdzieści osób Lipsta urządziła w mieszkaniu. Nie było to trudne, bo połowa imprezy przeniosła się do windy. Potem z ciężkim sercem wyprowadziła się na koniec miasta, gdzie do tej pory pomieszkuje, o ile nie jest w Krakowie.

Studiów nie ma co streszczać, bo nudne jak flaki z olejem. Natomiast w trakcie studiów pracowała w czterech miejscach, ale niebawem będzie starała się o piąte, gdyż zawodowe odpowiadanie na pytania poważnie zaczęło ją nudzić.

Lipsta widzi się w szczęśliwym ciepłym domu u boku M.ęża, z potomstwem, jasnym pokojem z białymi regałami pełnymi książek i biurkiem głównej bohaterki “Kwiatu mojego sekretu”. Marzy o życiu z pisania, które kocha, ale marzy też o koncertach, które sama mogłaby dawać. Chce jeździć dużym, obrzydliwie drogim rodzinnym samochodem i mieć dużo kosmetyków (używa ich bardzo mało, co przy obecnej współlokatorce, wprowadza ją w olbrzymie kompleksy). Marzy o włosach do łokci i konsekwentnie ich nie ścina. Odkąd zapuściła obgryzane do krwi od szóstego roku życia paznokcie, bardziej wierzy w to, że chcieć to móc. I może.

Była wałkiem do ciasta, dziś jest ukochaną.

  1. moją ukochaną.

  1. No trackbacks yet.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.