Wszystko albo nic.
Człowiek podróżuje po swoim życiu. Niektórzy przez większą część czasu są w podróży, podczas, gdy inni zatrzymują się na jednym z pierwszych przystanków i zapuszczają korzenie. Ja chyba jestem z gatunku tych pierwszych. Mam swoją walizkę, którą od pięciu lat ze sobą wożę, a w niej, oprócz najpotrzebniejszych rzeczy, małe skarby. Zdjęcia, kilka książek, podstawka pod kubek, długopis, obrazek w koty, gliniany obrazek Św. Franciszka z Asyżu.
Za każdym razem, gdy zmieniam mieszkanie, część rzeczy opuszczam. Odsyłam do domu, albo zostawiam tam, gdzie mieszkałam. Tak pozbyłam się krzesła, szafy, regału, biurka, kraciastych krzeseł czy puf(ów), które pufami nie były. Wszystkie wyciskacze do czosnku, mieszadełka do drinków, słomki z Tesco, przez które wciągałam zmrożony sok dwa lata temu, są w kartonie w Zabrzu.
Odzwyczajam się od przywiązywania się.
Znów mam ten sam posmak w ustach, który daje mi rano znać, że to nie to. Nie to miejsce, nie ten czas, nie to otoczenie. Powinnam się załamać, płakać, rwać włosy z głowy. A ja odczuwam dziwną przyjemność, że pewnie znowu niedługo zacznie się nowe.
Ja po prostu nie potrafię wierzyć w namiastki.


mlatej.blogspot.com
znam to w wersji: wszystko czyli nic