Somebody Else czyli ja.
Właściwie, to głupio zaczynać wpisy od linków, ale ostatnio nawet pisanie kiepsko mi idzie. Słucham za to muzyki, bo podzieliliśmy się na dwa pokoje i mam największą z dotychczasowych namiastek wymarzonego livingroomu z białym regałem i książkami.
Może to przez okres, ale mam strasznie mdławe rozkminy na temat dosłownie wszystkiego. Jak już skończę opisywać Człekowi w SMSach jeden problem, to ni stąd, ni zowąd, nagle, pojawia się kolejny. Dziś w Cafe Zwierzyniec przypomniało mi się jak bardzo wzrusza mnie widok samotnie siedzących w knajpach i restauracjach ludzi. Oczywiście nie obyło się bez dwóch rozedrganych łezek na policzkach.
Czasami mam wrażenie, że jestem jak mój Dziadek, który wzrusza się, gdy łyżka w reklamie Knorra ładnie nabierze zupę. A czasami wydaje mi się, że jestem jak brat mojej Babci, słynny Wujek Heniek – leniwa i niereformowalna w swoim pasożytnictwie.
Niech już będzie ten październik, pójdę sobie moi mili państwo, na to prawo. Zdobędę, panie i panowie, magistra, zasiądę za biurkiem i będę pracować. I zarabiać pieniądze, o których dziś mogę jedynie marzyć.
Kurwa, kiedyś byłam KIMŚ. Dziś też jestem kimś. Innym.


mlatej.blogspot.com
magister prawa, taaa… ale żeby z tego pieniądze były…
To się pozmieniało u Ciebie. Ostatnio, gdy Cię czytałem, tak naprawdę zachłannie, byłaś na dzienikarstwie, chodziłaś z Marcinem, a PAULINA (:-)) z Bartkiem się zaręczyli. No i zapytanko. A teraz wchodzę i co? Prawo? Skąd ten pomysł?
To wcale nie jest takie proste, żeby łyżka ładnie zupę nabrała. Też się wzruszam.