Un peu de tout
Wybiła zatem niedziela, odmierzając tym samym dziewiąty dzień długiego czarnego tygodnia. Kiedy pomyślę, że zaledwie w zeszłą sobotę obudził mnie telefon Bertaka z szybkim “Kaczyński nie żyje!”, nie chce mi się wierzyć. Mam wrażenie, że minął miesiąc – tak wiele od zeszłej soboty się wydarzyło.
Pierwsze dwa dni żałoby były naprawdę przygnębiające. W poniedziałek wcześnie rano wyciągnęłam wszystkie zaskórniaki i kupiłam tytuły wszystkich tygodników jakie czytał mój Tata (czyli ja również) oraz mój ulubiony dziennik. W domu przy śniadaniu rozłożyłam wszystkie gazety przed sobą i zaczęłam je przeglądać. Mimo, że informacje w nich zawarte już zdążyły się osiem razy zdezaktualizować, nadal ze ściśniętym sercem czytałam o tupolewie krążącym nad Smoleńskiem. A potem czar narodowego smutku i zjednoczenia prysł.
Prysł przez Wawel i protesty pod kurią. Prysł przez głosy ludzi, którzy bełkotali o spisku Putina i Tuska. Prysł przez rozdarcie, które zaczęło bardzo wszystkich dzielić. Nawet mnie samą.
Chciałam ten czas wykorzystać na zadumę, jakieś oczyszczenie, a Wawel mnie po prostu wkurzył. Jeszcze bardziej byłam jednak zła na siebie, że się o ten Wawel w ogóle wkurzam. Że zajmuję jakieś stanowisko i że reprezentanci akurat mojego zdania stoją na Franciszkańskiej i straszą, że będą rzucać kamieniami. Że to się wszystko wymyka spod kontroli i że zaczynam się skupiać na pierdołach, a nie na istocie sprawy.
A potem tal bardzo wściekłam się na to, że ciągle Lech i Lech, że prezydent, że Wawel, że pogrzeb, że Obama, że zamknięte miasto, że kolejarze się domagają transportowania prezydenckiej pary pociągiem do Krakowa. Oczywiście przez Częstochowę. A gdzie pozostałe 94 osoby? Gdzie mowa o tych zwykłych stewardessach czy BORowcach, którzy także byli na pokładzie Tu-154?
W piątek późnym wieczorem, na Facebooku znajomego, znalazłam link do “Warto rozmawiać” Pospieszalskiego. Po obejrzeniu tego programu, moje wkurzenie, stało się wkurwem. I poważnie zastanawiam się nad tym, czy nie napisać jakiejś petycji o zwolnienie go z roli pierwszego publicysty TVP. No, dobra, drugiego.
A jeszcze później, tak od niechcenia, wybuchł wulkan. I jakby jeszcze komuś było mało, tego samego dnia miał miejsce duży wybuch na słońcu i plazma doleciała do ziemi, zakłócając działanie satelitów, sieci komórkowych i internetu. Podczas gdy pył wulkaniczny paraliżował Europę i unosił się ponad naszymi głowami, ja próbowałam przejść przez ulicę na Kościuszki. I wierzcie mi, że wczoraj było to zadanie bardzo trudne.
Przez cały tydzień nawet trochę żałowałam, że nie ma mnie w Warszawie, że nie uczestniczę w czymś tak wielkim i historycznym, w czymś, o czym moje dzieci będą pisać sprawdziany. Dziś, gdy zabrzmiała ostania, 21 salwa na cześć prezydenckiej pary, odetchnęłam z ulgą. Wyciągnęłam przed siebie nogi, położyłam na stole, na nogach położyłam zaś laptopa i obejrzałam coś dziecinnego, wesołego, kolorowego i niepolskiego.
I puentując tę notkę dość niedorzecznie, polecam Wam wszystkim seans “Mikołajka”.


mlatej.blogspot.com
i tylko szkoda, że w RMF’ie nie grają już Pink Floydów. a żeby zwolnić Pospieszalskiego to już jakaś grupa nacisku na fejsbuku powstała. i chyba się zapiszę, choć zalegam już rok z abonamentem…