Wszystko albo nic.

Człowiek podróżuje po swoim życiu. Niektórzy przez większą część czasu są w podróży, podczas, gdy inni zatrzymują się na jednym z pierwszych przystanków i zapuszczają korzenie. Ja chyba jestem z gatunku tych pierwszych. Mam swoją walizkę, którą od pięciu lat ze sobą wożę, a w niej, oprócz najpotrzebniejszych rzeczy, małe skarby. Zdjęcia, kilka książek, podstawka pod kubek, długopis, obrazek w koty, gliniany obrazek Św. Franciszka z Asyżu.

Za każdym razem, gdy zmieniam mieszkanie, część rzeczy opuszczam. Odsyłam do domu, albo zostawiam tam, gdzie mieszkałam. Tak pozbyłam się krzesła, szafy, regału, biurka, kraciastych krzeseł czy puf(ów), które pufami nie były. Wszystkie wyciskacze do czosnku, mieszadełka do drinków, słomki z Tesco, przez które wciągałam zmrożony sok dwa lata temu, są w kartonie w Zabrzu.

Odzwyczajam się od przywiązywania się.

Znów mam ten sam posmak w ustach, który daje mi rano znać, że to nie to. Nie to miejsce, nie ten czas, nie to otoczenie. Powinnam się załamać, płakać, rwać włosy z głowy. A ja odczuwam dziwną przyjemność, że pewnie znowu niedługo zacznie się nowe.

Ja po prostu nie potrafię wierzyć w namiastki.

Krakówek

Dzisiaj dowiedziałam się, że jeden z bohaterów chyba najsłynniejszego polskiego śmiesznego zdjęcia, wygrał Informatyczne Mistrzostwa Świata. Co prawda dawno, bo już sześć lat temu (mój Boże, 2004 rok był tak dawno temu), ale ma rację ten, kto rzecze słowa „ten się śmieje, kto się śmieje ostatni”.

A dzisiaj odkryłam znowu coś muzycznie nowego i się z tym właśnie kładę do łóżka. Zaczynam się poważnie obawiać, że mogę jedynie pomarzyć o Selectorze, na który mnie nie stać.

Zasrany drogi Krakówek.

Somebody Else czyli ja.

Właściwie, to głupio zaczynać wpisy od linków, ale ostatnio nawet pisanie kiepsko mi idzie. Słucham za to muzyki, bo podzieliliśmy się na dwa pokoje i mam największą z dotychczasowych namiastek wymarzonego livingroomu z białym regałem i książkami.

Może to przez okres, ale mam strasznie mdławe rozkminy na temat dosłownie wszystkiego. Jak już skończę opisywać Człekowi w SMSach jeden problem, to ni stąd, ni zowąd, nagle, pojawia się kolejny. Dziś w Cafe Zwierzyniec przypomniało mi się jak bardzo wzrusza mnie widok samotnie siedzących w knajpach i restauracjach ludzi. Oczywiście nie obyło się bez dwóch rozedrganych łezek na policzkach.

Czasami mam wrażenie, że jestem jak mój Dziadek, który wzrusza się, gdy łyżka w reklamie Knorra ładnie nabierze zupę. A czasami wydaje mi się, że jestem jak brat mojej Babci, słynny Wujek Heniek – leniwa i niereformowalna w swoim pasożytnictwie.

Niech już będzie ten październik, pójdę sobie moi mili państwo, na to prawo. Zdobędę, panie i panowie, magistra, zasiądę za biurkiem i będę pracować. I zarabiać pieniądze, o których dziś mogę jedynie marzyć.

Kurwa, kiedyś byłam KIMŚ. Dziś też jestem kimś. Innym.

Wiersz do Pana Jarosława.

Ojczyzna jest w potrzebie – to znaczy:
łajdacy Znów wzięli się do swojej odwiecznej tu pracy
(…) To co nas podzieliło – to się już nie sklei,
Nie można oddać Polski w ręce jej złodziei
Którzy chcą ją nam ukraść i odsprzedać światu
Jarosławie! Pan jeszcze coś jest winien Bratu!
Dokąd idziecie? Z Polską co się będzie działo?
O to nas teraz pyta to spalone ciało
I jest tak że Pan musi coś zrobić w tej sprawie
Niech się Pan trzyma – Drogi Panie Jarosławie!

Jarosław Marek Rymkiewicz, 2010

I to chyba tyle w tym temacie.

Un peu de tout

Wybiła zatem niedziela, odmierzając tym samym dziewiąty dzień długiego czarnego tygodnia. Kiedy pomyślę, że zaledwie w zeszłą sobotę obudził mnie telefon Bertaka z szybkim „Kaczyński nie żyje!”, nie chce mi się wierzyć. Mam wrażenie, że minął miesiąc – tak wiele od zeszłej soboty się wydarzyło.

Pierwsze dwa dni żałoby były naprawdę przygnębiające. W poniedziałek wcześnie rano wyciągnęłam wszystkie zaskórniaki i kupiłam tytuły wszystkich tygodników jakie czytał mój Tata (czyli ja również) oraz mój ulubiony dziennik. W domu przy śniadaniu rozłożyłam wszystkie gazety przed sobą i zaczęłam je przeglądać. Mimo, że informacje w nich zawarte już zdążyły się osiem razy zdezaktualizować, nadal ze ściśniętym sercem czytałam o tupolewie krążącym nad Smoleńskiem. A potem czar narodowego smutku i zjednoczenia prysł.

Prysł przez Wawel i protesty pod kurią. Prysł przez głosy ludzi, którzy bełkotali o spisku Putina i Tuska. Prysł przez rozdarcie, które zaczęło bardzo wszystkich dzielić. Nawet mnie samą.

Chciałam ten czas wykorzystać na zadumę, jakieś oczyszczenie, a Wawel mnie po prostu wkurzył. Jeszcze bardziej byłam jednak zła na siebie, że się o ten Wawel w ogóle wkurzam. Że zajmuję jakieś stanowisko i że reprezentanci akurat mojego zdania stoją na Franciszkańskiej i straszą, że będą rzucać kamieniami. Że to się wszystko wymyka spod kontroli i że zaczynam się skupiać na pierdołach, a nie na istocie sprawy.

A potem tal bardzo wściekłam się na to, że ciągle Lech i Lech, że prezydent, że Wawel, że pogrzeb, że Obama, że zamknięte miasto, że kolejarze się domagają transportowania prezydenckiej pary pociągiem do Krakowa. Oczywiście przez Częstochowę. A gdzie pozostałe 94 osoby? Gdzie mowa o tych zwykłych stewardessach czy BORowcach, którzy także byli na pokładzie Tu-154?

W piątek późnym wieczorem, na Facebooku znajomego, znalazłam link do „Warto rozmawiać” Pospieszalskiego. Po obejrzeniu tego programu, moje wkurzenie, stało się wkurwem. I poważnie zastanawiam się nad tym, czy nie napisać jakiejś petycji o zwolnienie go z roli pierwszego publicysty TVP. No, dobra, drugiego.

A jeszcze później, tak od niechcenia, wybuchł wulkan. I jakby jeszcze komuś było mało, tego samego dnia miał miejsce duży wybuch na słońcu i plazma doleciała do ziemi, zakłócając działanie satelitów, sieci komórkowych i internetu. Podczas gdy pył wulkaniczny paraliżował Europę i unosił się ponad naszymi głowami, ja próbowałam przejść przez ulicę na Kościuszki. I wierzcie mi, że wczoraj było to zadanie bardzo trudne.

Przez cały tydzień nawet trochę żałowałam, że nie ma mnie w Warszawie, że nie uczestniczę w czymś tak wielkim i historycznym, w czymś, o czym moje dzieci będą pisać sprawdziany. Dziś, gdy zabrzmiała ostania, 21 salwa na cześć prezydenckiej pary, odetchnęłam z ulgą. Wyciągnęłam przed siebie nogi, położyłam na stole, na nogach położyłam zaś laptopa i obejrzałam coś dziecinnego, wesołego, kolorowego i niepolskiego.

I puentując tę notkę dość niedorzecznie, polecam Wam wszystkim seans „Mikołajka”.

Zdr@d@

Dziś po bardzo długim czasie telewizyjnej abstynencji, oglądałam Rozmowy w toku. Akurat trafiłam na soczysty temat zdrad. Było o tyle ciekawie, że partnerzy podejrzewający swoje drugie połówki o przyprawianie im rogów, mogli sprawdzić wierność ukochanych na wykrywaczu kłamstw. Ale nie o tym dzisiaj będzie.

Zaufanie zaufaniem – mnie zaciekawił stopień zazdrości i podejrzliwości bohaterów dzisiejszego odcinka. Mądrze powiedziała ta wychudzona psycholog z nastroszonymi włosami – miłość nie zazdrości, tylko daje wolność. Oczywiście to zdanie zrozumieją w miarę rozgarnięci ludzie, którzy słowa „wolność” nie będą stawiać na równi z otwartym związkiem, flirtami i poligamią.

Trudno jest zachować równowagę. Widzę to sama po sobie. Jestem chyba dość (o ile nie bardzo) wyrozumiałą osobą jeśli jestem w związku, ale jestem też zazdrosna. Bardziej to pokazuję niż w rzeczywistości przeżywam, ale tak jest. Na dodatek, ta zazdrość nie zawsze tyczy się samych kobiet. To często koledzy, jakieś czynności, przy których mnie nie ma, obejrzenie filmu beze mnie, komputer. Potrafię wtedy buczeć, marudzić, straszyć jakimiś wielkimi konsekwencjami, po czym za sekundę robi mi się głupio i odpuszczam. Odpuszczam nawet w ważnych sprawach, dając wolną rękę, bo wychodzę z założenia, ze związek to dobrowolny układ i coś na kształt inkubatora nowego tworu jakim jestem ja i On. W związku wszystko ma się rozwijać, na nowo kształtować, dojrzewać, rosnąć i kiełkować. To nie poprawczak, w którym daje się zakazy, daje się regulamin, za którego złamanie będzie kara lub nagroda. W związku się nie wychowuje, tylko dopasowuje. To nie germanizacja, ale esperanto. Związek to coś wspólnego, pierwszy owoc wspólnych działań, można powiedzieć nawet, że to dziecko, bo przecież trzeba o niego dbać, chuchać, dmuchać, pielęgnować i pieścić, jak i rozwijać i kształtować.

Mówienie komuś: „taki właśnie jestem, więc się dopasuj” to największa bzdura jaką słyszałam. Straszenie kogoś odejściem, szantaże emocjonalne, śledzenie, szpiegowanie, sprawdzanie, udawane próby samobójstw to kurestwo, a nie miłość. Dzisiejsi goście Drzyzgi nie mieli o tym zbyt wielkiego pojęcia. Siedzący w czapeczce z daszkiem, jakiej nie powstydziłby się Hyzio, Dyzio lub Zyzio, facet był przekonany, że jego narzeczona zdradza go nawet podczas 15-minutowego postoju na stacji benzynowej, a raczej podczas 3-minutowego pobytu w toalecie (przez resztę czasu tankowała samochód i stała w kolejce po hot-dogi). Inny koleżka wymagał od swojej dziewczyny (wypisał to nawet markerem na tablicy) kilku rzeczy: -dostępu do jej skrzynki odbiorczej w telefonie (nie chciał czytać SMSów, ale chciał móc wiedzieć od kogo je dostaje), -wiedzy na temat tego, gdzie się znajduje, -wiedzy na temat tego, co aktualnie robi (oczekiwał sprawozdań niemal minuta po minucie, aczkolwiek twierdził, że 1 SMS na 4 godziny wystarczy), -zaprzestania kontaktów z koleżanką, z którą jego dziewczyna wychodzi na spacery, -ustalenia tematów rozmów, na które dziewczę może rozmawiać lub nie.

Przyznam szczerze, że nie wytrzymałam i wyłączyłam telewizor. Ale po chwili pomyślałam, że Ci faceci (oprócz tego że mają minusową samoocenę, tragiczną pewność siebie i tych kobiet zwyczajnie w świecie nie kochają), są po prostu tępi. Nie dość, że wszystkie z tych kobiet prędzej czy później od nich odejdą, to jeszcze właśnie najprawdopodobniej ich zdradzą. I to wcale niekoniecznie z kimś z uczelni, pracy czy z chłopakiem z kolejki na stacji benzynowej. One kiedyś wpiszą sobie pierwsze lepsze www i zwierzą się komuś nieznajomemu z sieci. Najpierw będę chciały słuchać rad na temat swojego gnijącego już związku, potem zaczną zauważać jeszcze bardziej wady swoich partnerów, aż zaczną krok po kroku od nich uciekać. Najpierw słowami na klawiaturze, potem myślami, jeszcze później zaczną odsuwać dłonie, odwracać się w łóżku plecami, a zamiast seksu zaczną dawać buziaki w czoło i wykręcać się trzytygodniowym okresem. Aż zdradzą.

I to nie prześpią się ze swoim nowym przyj@cielem. One zdradzą html-em.

Co, że niby się nie da? Będą myśleć o tym, że gdzieś indziej, z kimś innym byłoby im lepiej. Będą wizualizowały sobie pierwszy spacerek, spotkanie, kawkę, winko, kolacyjkę… Będą marzyły o tym, żeby koleg@ złapał je za rękę, żeby był nimi oczarowany, żeby je zdobywał i podziwiał takimi jakimi są. Że im powie: „Bądź sobą, taką cię lubię najbardziej”. I powiem Wam, drodzy Panowie (i Panie również), że to będzie zdrada ostateczna. Gorsza od pójścia z kimś na całość.

Więc żeby do tego nie doszło, trzeba być wyrozumiałym, otwartym na drugiego człowieka. Trzeba ufać. Ale zaufanie trzeba wyrobić. A jak się kogoś podejrzewa, to jak zaufać? Przecież jak zaufam, a on(a) zdradzi, wyjdę na frajera, a nie zniosę tej świadomości przed samym sobą. I tak wracamy do punktu wyjścia.

Ja mam to szczęście, że mam zdrowe podejście i ufam. Bo strach przed porażką boli o wiele bardziej, niż samo game over.

You Suck At Photoshop

Nie tylko ja się cieszę z Mateusza. Cieszy się też Bartek, który powiedział ostatnio, że nareszcie jestem na bieżąco z internetem i światem w ogóle. Jakby nie patrzeć, wróciłam do żywych :) Ostatnio po skończonym gotowaniu i sprzątaniu kuchni, przyszłam do pokoju Mateusza właśnie i oklapnęłam na łóżko.

-Chcesz się pośmiać? -spytał

Myślę sobie – pewnie jakiś film o rowerach, albo o tym jak ktoś wchodzi na dach, ktoś inny zupełnie przypadkowo to nagrywa, i nagle zupełnie niespodziewanie dach się zawala. Ale zaryzykowałam i ochoczo odpowiedziałam:

-No…

Jakże się, moi mili, myliłam! Dostąpiłam zaszczytu obejrzenia jednego z kilkudziesięciu filmików My Damn Channel z serii „You Suck At Photoshop”, będącymi z pozoru nieudanymi tutorialami PS-a. Film za filmem, zaczęłam wsiąkać i wchłaniać historię Donnie’go, który przebił wszystko, co śmieszyło mnie do tej pory w internecie.

Może i Wy się wciągniecie w historię kolejnego przeciętniaka, którego Bozia, na całe szczęście, obdarzyła niesamowitym poczuciem humoru.

I to kolejny przykład na to, że wystarczy tylko dobry pomysł, aby z czegoś oklepanego zrobić hit. Forma, forma i jeszcze raz forma!

Blogowanie

Przed chwilą wyszłam spod kołdry, wzięłam z biurka laptopa i powędrowałam z nim na sofę. Czułam w łóżku niedosyt, że nie napisałam. A raczej czułam coś w rodzaju wewnętrznego przymusu napisania. Ten cały cyrk z Wykopem jakoś mnie zmotywował do pisania. Motywuje mnie także pozornie bogaty wygląd – długie notki, kilka zakładek, linki do youtube’a. Dlatego nie będzie już pozornie. Jeśli piszę, to piszę. Zgodnie z myślą Stephena Kinga.

Dzisiaj obejrzałam House’a, w którym pacjentką była zapalona blogerka. Była od bloga uzależniona do tego stopnia, że powierzyła swoim czytelnikom wybór zastawki, jaka miała być jej wszczepiona. Plastikowa – wydajna, rozwiązałaby problem na zawsze, czy świńska – szybko się zużywająca, jednak w przeciwieństwie do plastikowej, nie ma żadnych przeciwwskazań jeśli chodzi o ciążę.
Pomyślałam sobie: „Boże, o co właściwie chodzi z blogowaniem?” Ja sama od zawsze chciałam pisać i odkąd pamiętam to robiłam. Nigdy nie udało mi się napisać choćby dwóch rozdziałów potencjalnej książki, więc w głębi ducha przekreśliłam swoje marzenia o zostaniu literatką. Za to systematycznie wylewam potoki słów na łamach bloga. Jak to się dzieje, że tu potrafię, a w wordzie nie?

Z pewną pomocą przyszedł mi partner serialowej bohaterki, który powiedział, że w tym wszystkim nie chodzi o żadne więzi, ale o popularność. O chęć zaistnienia w czyjejś świadomości. O pewnego rodzaju celebrytyzm, Coś w tym jest na pewno, choć ja bym Wam nie powierzyła decyzji o swojej zastawce.

Stawałam kilka razy przed wewnętrznym wyborem – pisać pod siebie, czy pisać pod liczbę wejść? Praktycznie zawsze wygrywała ta pierwsza opcja, przez co wyniki moich statystyk od lat utrzymują się na stałym poziomie. Przetrwały zakładanie haseł, zmianę nicka, zawieszanie działalności. Wiele razy zastanawiałam się nad tym, czy przestać pisać, bo „to przecież takie internetowe” i „ekshibicjonistyczne”. Znam wiele osób, które czytają mnie stale i bardzo je szanuję. Kilka osób o czytanie moich rzeczy zwyczajnie podejrzewam. Najpiękniejsze są jednak takie chwile, kiedy dostaję maila od kogoś, kogo znam, lub nie, w którym pisze, że czyta mnie od jakiegoś czasu, pyta co u mnie lub opowiada coś o sobie. Ostatnio dostałam takiego właśnie maila (na którego odpiszę już wkrótce) i w trakcie lektury ryczałam jak bóbr.

I dla takich maili, choćbym miała na nie czekać latami, nie przestanę blogować. Mimo, że nie jestem kontrowersyjna jak Kominek, piękna jak Honeyyy, nie robię tak dobrych zdjęć wiele zdecydowanie młodszych blogerek i nie ubieram się w fajne ciuchy. Bo blogowanie to poniekąd styl życia, lub jakaś część osobowości. Uświadomiła mi to jeszcze jedna scena z odcinka House’a o blogerce, kiedy stojąc przed ważnym wyborem, pytała swojego faceta o zdanie.

-Tak bardzo chciałabym, żebys miał bloga…
-Co?!
-Tak bardzo chciałabym, żebyś miał bloga. Wiedziałabym wtedy co myślisz.

I to chyba najbliższa memu sercu część blogowania.

Aerodynamicznie

Odkąd mój październikowy laptop doznał wielkiej awarii, jaką było złamanie się słuchawek wewnątrz gniazda, zajęłam się starym laptopem. Mężczyzna zainstalował mi na nim Windowsa Siódemkę, ale przez jakiś mały nie-tenteges, nie mogę niczego skopiować z DVD z muzyką. Przyparta dziś do muru wszechogarniającą ciszą, zaopatrzyłam się w Ministry Of Sound – Uncovered. I tak słucham, słucham zupełnie bez przekonania i, nagle, jak grom z jasnego nieba spadł na mnie jeden z utworów mojego całego życia, który właściwie można uznać za absolutny start w poszukiwaniu mojej muzycznej drogi. I to utwór, który bezwarunkowo kocham i będę kochać do końca życia.

Jak tytuł płyty obwieścił, ów muzyczne dzieło miało być coverem, a do coverów od jakiegoś czasu podchodzę z dużym zainteresowaniem. Ale ten cover mnie po prostu zmiótł z powierzchni ziemi, odrętwił mi skórę, a do oczu napompował łzy.

Panie Hodge, pokochałam Pana.

A tu pierwowzór.

Lura szuka domu

Dobrze wychowana, 7-letnia suczka Husky poszukuje odpowiedzialnego nowego właściciela. Jeśli znasz tą rasę i wiesz jak się nią dobrze zająć, napisz. Lura odda dług w postaci bezgranicznej miłości.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.